Strona główna » Aktualności » Białoszewski w Żarnowcu

Białoszewski w Żarnowcu

Młody mężczyzna w jasnym prochowcu siedzi przy stole, przy kubku z herbatą, w zamyśleniu, z głową opartą na ręku

Prowadź nas, pszenico,
złota błyskawico,
przez fiolety owych wzgórz
między blaski kukuruz
z żółcielami pospołu,
słonecznikiem upału,
miodem rozlanym powietrza –
dywanami spod Biecza.
Wyjdźcie, stłoczone w kapliczce
świątki z dziwacznym licem,
pokażcie najbliższą drogę
fiołkowym i żółtym rękawem.

[…]

Miron Białoszewski, Stara pieśń na Binnarową

Stara pieśń na Binnarową ukazała się w roku 1956 w wydanym przez PIW tomiku Obroty rzeczy, w cyklu Ballad rzeszowskich obejmującym równie piękne utwory, inspirowane obrazami ziemi podkarpackiej,  Żarnowcem i okolicami, z którymi połączyła Białoszewskiego głęboka więź: Fioletowy gotyk, Barbara z Haczowa, Średniowieczny gobelin o Bieczu, Ballada krośnieńska. Debiutancki tom poety (w prasie publikował już znacznie wcześniej; z lat okupacji pochodzi także konspiracyjny zbiór wierszy Białoszewskiego i przyjaciół – Stanisława Swena Czachorowskiego i Tadeusza Kęsika „Teika” pt. „ Zryw 1. Ogień krzepnie”), dedykowany „Solińskiemu Leszkowi i Bronisławie, jego matce, z krośnieńskiego Żarnowca”,  początkowo miał  nazywać się „Binnarówki”, ale zdaniem firmującego to pierwsze wydanie Artura Sandauera taka wersja tytułu była zbyt regionalna, prowincjonalna. Według relacji Solińskiego,  także Ludwik Hering, mentor Białoszewskiego zdecydował,  że Ballady rzeszowskie „to każdy wie, gdzie i co”. Przyjaciel poety podkreślał przy tym: „tych wierszy o moich stronach Miron napisał więcej, ale po rozmowach z Arturem Sandauerem wywalił niedokładnie do łazienkowego fajansu, bo w chwilach egzaltacji mówił, że Ballady to pieśń nad pieśniami naszej przyjaźni. […] Powstały w Krakowie na wyraźne moje prośby, prawie rozkazy, szantaże: albo jesteś poeta albo dziennikarzem” . Te „wywalone” trafiły do tomów późniejszych (na przykład Słone rozstaje, Ballada o miejscu odartego konia, Motowidła odrzykońskie do zbioru Wiersze (1976), długo cyzelowana Dukla Amaliowa do Poezji wybranych (1976), razem z innymi, ostatecznie do trzynastego tomu pełnej PIW-owskiej edycji utworów poety w 2017 r.:  Polot nad niskimi sferami. Rozproszone i niepublikowane wiersze – przekłady poetyckie – dramaty 1942-1970. Pisane  „pod zlewem kuchennym w Krakowie na ul. Bożego Ciała i naprzeciw kościoła tegoż Ciała niedaleko od Skałki”, pod wpływem wypraw i wędrówek po Podkarpaciu, jakie Białoszewski odbywał z Solińskim, swoim ówczesnym partnerem życiowym (później – współlokatorem w mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego w Warszawie i przyjacielem – mimo różnych zawirowań, do końca życia, występującym w twórczości poety jako Le., LeSo.), który pokazał przybyłemu ze zniszczonej Warszawy uroki i piękno swego rodzinnego regionu. Poznali się w Krakowie w 1950 roku, dokładnie: „w środę przewodnią, 22 kwietnia”, na wykładzie Kazimierza Wyki. Soliński był wówczas studentem filologii polskiej UJ,  Miron zatrzymał się w Krakowie w drodze na reportaż do Zakopanego (pracował wtedy „dla chleba” jako dziennikarz w redakcji „Kuriera Codziennego” i „Wieczoru”), chciał Wyce pokazać swoje wiersze. W późniejszych latach poeta często odwiedzał przyjaciela, już jako studenta historii sztuki w Krakowie (czas pisania Ballad);  zapewne wtedy poznał i zaprzyjaźnił się z Markiem Piaseckim, malarzem i artystą fotografii, który dzięki Solińskiemu odkrył  poezję Białoszewskiego. Piasecki stworzy intrygujące portrety fotograficzne Mirona (także fotografie dokumentujące Teatr na Tarczyńskiej i Teatr Osobny).

Młody mężczyzna w jasnym prochowcu siedzi przy stole, przy kubku z herbatą, w zamyśleniu, z głową opartą na ręku
Miron Białoszewski, ok. 1956 r., fot. Marek Piasecki
Młody mężczyzna oparty o ścianę, na zamyśloną twarz z łysiną u skroni pada światło
Miron Białoszewski, ok. 1956 r. , fot. Marek Piasecki

Tak zapamiętał Miron swój pierwszy przyjazd na wakacje do rodzinnego domu Leszka Solińskiego do Żarnowca w sierpniu 1950 (wywiad dla „Nowin Rzeszowskich”, 1959):

Nie miałem pojęcia, jak tamte strony wyglądają. W pociągu za Rzeszowem zdałem się tylko na wrażenia. Myślałem, że tutaj świat się kończy, bo jeszcze na dodatek padał deszcz. W Żarnowcu poznałem najstarszą panią tych okolic. Może nawet nie była najstarsza, ale to była córka Marii Konopnickiej – Zofia Mickiewiczowa, którą wielu za samą Konopnicką brało. Zaczęły się chodzenia od wsi do wsi, od kościoła do kościoła… Czasami tak żeśmy się schodzili, że nogi były jak z powróseł. Nieraz ze zmęczenia spało się w rowie, pod parkanem. Z tych umęczeń, znajomości z całym tamtejszym światem, z żółcielami, z walącymi się cerkwiami, z ludźmi zaczęły wreszcie powstawać ballady rzeszowskie.

Ziemia krośnieńska oszołomiła poetę, który przybywał z miasta ruin. Zabytkowe kościoły murowane (fary Biecza i Krosna, Dukla), drewniane kościółki z ich polichromiami, kapliczki, świątki, z którymi – rozmawia. Tak to zresztą postrzegał przyjaciel: „ Poznał się z nimi i był zdumiony. Zresztą, świątki cieszyły się jego przyjazdem. Wszystkie boginki,  topielice, kijanówki ożywiły się, bo czuły, że ktoś rozpocznie z nimi rozmowę, pogada sobie z nimi, wprowadzi je do ballad, na teatrum warszawskiego życia.”

W komentarzu do publikacji „poematu scenicznego (teatr lalki)” Białoszewskiego, sztuki z 1952 roku pt. Rozalie, tak wspominał lato tego roku:

Był to rok 1952 – ołowiany rok socrealizmu. […] Zwykle nasze spacery, nasze wyjścia zaczynały się od milczenia. Chodziło o to, aby poddać się rytmowi, obserwacji i popaść w trans. […] Po drugiej stronie Jasiołki, we Wrocance, przed kościołem rozkładali się kramarze i montowano karuzelę. […] We Wrocance na trzeci dzień miał być odpust św. Rozalii, jak nam powiedzieli kramarze. […] W Kobylanach, jak i po drodze, było dużo świątków przydrożnych. Wśród pól także, i w pokrzywach i w chwastach. Miron wprost zaprzyjaźnił się ze św. Agatą stojącą na zboczu kobylańskim. […] Ciągnęły nas same nazwy miejscowości: Nienaszów, Sulistrowa, Toki, Żmigród Stary i Nowy, Osiek. […]Kościół w Osieku to chyba ten sam, który malował Julian Fałat, ale wtedy Miron powiedział, że kościoły ludowe są bardzo indywidualne, a jednak mają także swoje podobieństwo: na popielate gonty pada zawsze fioletowy cień lipy. […]

Przedstawienie o św. Genowefie w parafialnym kółku, obejrzane przez nich na plebanii w Osieku było autentycznym źródłem inspiracji do napisania sztuki Rozalie:

Na plebanii siostry różańcowe przygotowywały teatr. Było to zakończenie Żywota św. Genowefy. Późnym wieczorem ksiądz znienacka otworzył drzwi do największego, pustego pokoju. Stały tam trzy postacie: św. Genowefa w niebieskiej sukni, pustelnik w brązowej opończy przepasanej różańcem z warkocza czosnku; trzecią postacią była Śmierć. Postacie oświetlało od dołu niesamowite światło. Były to wydrążone dynie wypełnione solą i denaturatem. Śmierć miała zęby z karpiela. I od razu rzuciła się na pustelnika. On się wybraniał. Św. Genowefa zgodziła się umrzeć za niego. Śmierć przyjęła ofiarę i zaniosła się kosą na Genowefę, ale padł nietknięty kosą pustelnik. […] Postacie, mówiąc swoje kwestie, podnosiły miseczki z podłogi i oświetlały nimi twarze. Teatr plebanijny był szokiem dla Mirona. Całą noc nie spał, wychodził na ganek i to przeżycie wspominał do końca życia.

 W liście do przyjaciela z 1 listopada 1952 Miron pisał:

„Zbliżyć teatr do dramatu liturgicznego to marzenie wszystkich piszących do teatru – może tylko Zapolska tego nie chciała. […] Owszem, piszę tu jedną rzecz na świątki – cała rzecz dzieje się w Twoich stronach, w przestrzeniach żarnowiecko-dukielskich, ale bynajmniej nie tak, jak tego chciałeś, i nie o tym”.

Soliński wspominał zwiedzanie starej świątynki, kiedy Białoszewski, w mroku wnętrza, znalazł drabinę i wspiął się na nią, by z bliska oglądać twarze świętych, wycierał kurze, odkrywając żywe kształty i kolory, dobrze zachowane detale, dotąd ukryte. Myszkując po strychach, znajdował stare obrazy, zapomniane w mroku i kurzu. Nabierał sił, jego wrażliwość czerpała z naturalnych, najczystszych źródeł sztuki pierwotnej, sztuki regionalnych rzemieślników, ludowej (komentował swoje oczarowania: „Primitywiści potrafią oczyścić pierwowzorów z niepotrzebnych naleciałości”); średniowiecznej i barokowej. Przeżywał  „nieustanne uroczyste zdziwienie”, które stanie się źródłem dla „szarych eminencji zachwytu” w samotni warszawskiej na Poznańskiej, zapisane w „balladach peryferyjnych”, w „autoportretach” w poetyckim arcydziele Obrotów rzeczy, kiedy zaczyna się epoka poety osobnego, zaciemniającego okna, wycofanego do strzępów przeszłości, resztek dawnego ładu, odciśniętych w zwykłych przedmiotach codzienności, jak piec, podłoga… Leżenia i nauka cudowności rzeczy – ocalonych, kiedy poeta wsłuchuje się w odgłosy odradzającego się Miasta, wsłuchuje się w siebie.

Młody mężczyzna w kraciastej koszuli leży w łóżku, czyta w skupieniu, oświetlona twarz z łysiną u skroni
Miron Białoszewski, 1956 r. , fot. Marek Piasecki
W pokoju na Poznańskiej 37, przed przeprowadzką na plac Dąbrowskiego 7, marzec 1958 r., fot. Irena Jarosińska
Leszek Soliński w pokoju na Poznańskiej 37, przed przeprowadzką na plac Dąbrowskiego 7, marzec 1958., fot.  Irena Jarosińska
Fragment ściany w pokoju z wiszącymi na niej fragmentami ornamentów, krucyfiksem na dekoracyjnej tkaninie
„Sztuki piękne mojego pokoju”…  W mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego 7, 1958 r., fot. Adam Broż

„Sztuki piękne mojego pokoju”…  W mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego 7, 1958 r., fot. Adam Broż

„Sztuki piękne mojego pokoju”…  W mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego 7, 1958 r., fot. Adam Broż

Białoszewski był zafascynowany żarnowieckim domem, rozmowami z matką przyjaciela (stworzył ważny portret kobiecy w prozie, właśnie Bronisławy Solińskiej, w tomie Szumy, zlepy, ciągi); sypiał na ganku. Ciekawiła go wieś żarnowiecka z małym sklepikiem, w którym kupował ołówki do pisania, papierosy i dżemy, z mieszkańcami siedzącymi w niedzielne popołudnia pod południowymi ścianami; rozmawiał z nimi i komentował: „Mówią językiem psalmów, językiem Kochanowskiego”.  Przyjeżdżał na Podkarpacie wielokrotnie (do końca życia), mówiąc: „tu jestem wolny od wszystkiego”, zaś opowieści i obrazy z żarnowieckich stron często ożywały w pamięci i w snach poety, czego dowodzą datowane wiersze z różnych lat: Skurblu,  Subelija, Tajemniczki, Sen na starym mieszkaniu, wreszcie –  utwory odnoszące się do legendarnych mieszkanek dworku Marii Konopnickiej w Żarnowcu: Na jubileusz Konopnickiej, Śniła mi się Laura Pytlińska, Babka Mickiewiczowa, Szalona Julka (utwory opublikowane dopiero w ostatnich, 13. i 14. tomach Utworów zebranych). Obrazy rodzinnych stron Solińskiego nierozerwalnie związane były z  pamięcią  i tradycją rodziny pisarki, z żyjącą jeszcze wówczas córką Marii, Zofią primo voto   Królikowską, secundo voto Mickiewiczową.

„Tygodnik Ilustrowany” 1903 nr 38, wycinek z tekstem o dworku w Żarnowcu
Murowany dworek, z drewnianą, zadaszoną werandą w otoczeniu drzew rozległego parku
Dworek w Żarnowcu
Przy zastawionym stole przed domem siedzi grupa mężczyzn i kobiet w różnym wieku, o pogodnych twarzach; w centrum, w drzwiach domu stoi kobieta w okularach, w średnim wieku
Zjazd rodziny Konopnickich w 1899 r. w Kapitule pod Łowiczem. Od prawej: Anna (wnuczka), Jarosław Konopnicki, Zofia Mickiewiczowa 1v. Królikowska, Jadwiga Konopnicka (żona Jana), Jan Konopnicki, Zofia (wnuczka – na ręku niani), p. Brzozowska (teściowa Jana), Maria Konopnicka – stoi w drzwiach w cieniu, Stanisław Konopnicki, Maria Dulębianka, Laura Pytlińska, Stanisław Henryk Pytliński, Janusz (wnuczek), stoi Bolesław Królikowski

Zabytkowy dworek z XVIII wieku otoczony parkiem stanowił dar narodowy, przekazany pisarce w 1903 roku z okazji jubileuszu 25-lecia pracy twórczej. Konopnicka wprowadziła się z przyjaciółką, malarką Marią Dulębianką; mieszkały tu głównie w miesiące wiosenno-letnie, stąd podróżowały. Ostatnie lata życia spędziła tu córka poetki, Laura Pytlińska, aktorka (zmarła w 1935 r.), najmocniej zaś związana była z Żarnowcem Zofia Mickiewiczowa, która na krótko przed śmiercią w 1956 r. ofiarowała dworek narodowi polskiemu z przeznaczeniem na muzeum biograficzne. Soliński wspominał:

Chyba na drugi dzień po przyjeździe Mirona poszliśmy złożyć wizytę Zofii. […] Pokazałem mu długą sień – korytarz, o której to sam jako dziecko powiedziałem, że w tej sieni siedzą wszystkie duchy, jakie są na świecie. […] Było łóżko po Konopnickiej, na którym ona chorowała i niemal nie umarła; później na tym łóżku umarła Laura Pytlińska, a w 1947 zmarła wielka Wanda Siemaszkowa. […] Z Zofią Miron rozmawiał, oczywiście o Konopnickiej, dość sloganowo […]. Powtarzał zdanie profesora Krzyżanowskiego z czasów kompletów okupacyjnych: „ >Ona watę upychała do wierszy<. […] Zarabiała piórem i widać to w wierszach… Miała niesłychanie dużo weny, tylko ona rozeszła się na ilość”.

Jednakże, pod wpływem przyjaciela, poeta przeżył lekturę jednej z nowel – jak objawienie: „Ale prostota! Bez cienia fumów, i po nikim. Skąd ona robiła takie studia!”. Podziwiał także energię mistrzyni nowelistyki w radzeniu sobie z przeszkodami życiowymi (w tym rodzinnymi), jej listy uważał za wzór epistolografii, dostrzegając w nich prawdę i złożoność postaci. Spodobała się poecie książka Konopnickiej o Mickiewiczu, długie lata cytował przywołany przez nią (chyba nie dość dokładnie) list Wieszcza: „Stałem na rynku nowogródzkim w żałobie po ojcu i płakałem z radości” (to zapis chwili wkroczenia wojsk napoleońskich do Nowogródka).

Młody mężczyzna w jasnym prochowcu, z rękami w kieszeniach (profil twarzy z łysiną na skroniach), stoi we wnętrzu pokoju przed obrazem, portretem kobiety w okularach, patrzy z zainteresowaniem
Miron Białoszewski w dworku w Żarnowcu – Muzeum Marii Konopnickiej, prawd. po 1956

 

Miron Białoszewski w dworku w Żarnowcu – Muzeum Marii Konopnickiej, prawd. po 1956
Przy zastawionym stole w pokoju (na ścianach widoczne obrazy) siedzą czterej mężczyźni, chwila przerwy w rozmowie, najmłodszy, w swetrze, z twarzą z łysiną u skroni, zwrócony półbokiem, z palcem przy ustach patrzy w zamyśleniu w stronę obiektywu
Miron Białoszewski w Żarnowcu, obok (z prawej) Stanisław Kochanek, prawd. po 1956

W utworach Białoszewskiego związanych z Konopnicką słychać przede wszystkim echa opowieści i anegdot Solińskiego, który dojrzewał w bliskim sąsiedztwie dworku i jego mieszkanek; dużą część dzieciństwa spędził na rozmowach z Zofią, która jako jedyna z sześciorga rodzeństwa przeżyła II wojnę; opowiadała o matce, jej przyjaciółce Dulębiance, wyklętej przez rodzinę – siostrze Helenie, kleptomance  i pięknej Laurze zwanej Lorką, której wybór drogi aktorskiej Konopnicka uznała za kompromitujący i nawet próbowała szkodzić jej w karierze. Pisała do Józefa Kotarbińskiego, w tonie … szantażu: „Co do mnie, jeśli Lorka otrzyma debiut w Krakowie i zostanie zaangażowana do tamtejszego teatru, zmuszona będę zrezygnować z osobistego udziału w obchodzie jubileuszowym i do Galicji nie przyjadę.” Tymczasem Laura Pytlińska osiągnęła sukces, grając w ambitnym repertuarze, m.in. u boku Ireny Solskiej, miała swoją oddaną widownię i dobre recenzje.  

Postać siedzącej młodej kobiety o ciemnych włosach, pięknej uduchowionej twarzy, w kostiumie teatralnym – zdobionej sukni, z opaską na czole
Laura Pytlińska w roli teatralnej
Na ławce w parku siedzą – młoda kobieta w jasnej, letniej sukni i ciemnym kapeluszu z szerokim rondem i młody mężczyna w jasnym, lekkim garniturze i studenckiej czapce
Laura Pytlińska z Zenonem Westrup-Przybyszewskim
Wycinek prasowy z tekstem i fotografiami dworku (w tym czte
Zofia Mickiewiczowa z rodziną Kochanków przed dworkiem w Żarnowcu, fot. Stanisław Kochanek
Szkic Leszka Solińskiego o dzieciach Konopnickiej, ręką Mirona Białoszewskiego
Szkic Leszka Solińskiego o dzieciach Konopnickiej, ręką Mirona Białoszewskiego

Z opowieści Zofii, z przepisywanych z rękopisów listów Konopnickiej zrodziły się gawędziarskie wspomnienia i teksty Leszka Solińskiego o charakterystycznych tytułach: „Pamiętane, gadane, słyszane o Marii Konopnickiej i przyjaciółce jej, i jej dzieciach, wielkiej aktorce Wandzie Siemaszkowej”, „Pamiętane […] i jej córce, aktorce Laurze Pytlińskiej”, zapisy wspomnień Zofii Mickiewiczowej. Na uwagę zasługuje fakt, iż maszynopisy tych tekstów uzupełniane są odręcznymi poprawkami Białoszewskiego, zaś gawęda Solińskiego pt. Lora i szkic o dzieciach Konopnickiej z wykorzystaniem fragmentów listów matki to w całości rękopisy poety, zapewne więc owe teksty powstawały nie bez jego udziału. Charakterystyczny język LeSo. często pobrzmiewa w prozie autora Donosów rzeczywistości, Szumów, zlepów, ciągów, który zapisał wiele ich rozmów. Jednakże – tak jak wyraził to w liście do Solińskiego, odnosząc się do pisania Rozalii, gdzie „cała rzecz dzieje się w Twoich stronach, w przestrzeniach żarnowiecko-dukielskich, ale bynajmniej nie tak, jak tego chciałeś, i nie o tym”, motywy tych przestrzeni wyraził w całkowicie własnej poetyce. Chociaż cenił „pamiętane, gadane, słyszane”, nie stworzył większego utworu o Lorce (w archiwum poety zachowały się notatki do tego bliżej nieokreślonego projektu), pisząc w liście do Le. z 22 lutego 1954 r.: „Lorka jest problemem jeszcze nierozłupanym. Nie wiem, kiedy będę o niej pisał – i jak. Nie wiem, czy to się opłaci. To będzie zależało od nastroju i wytropienia formy, odpowiedniej. Tamte próbki i gadania raczej nie mogą być brane pod uwagę. To znaczy nie mówię tu o gadaniach Twoich, które były materiałem dobrym i interesującym”. Pozostały drobne poetyckie portreciki córek Konopnickiej, jak na przykład Babka Mickiewiczowa czy:

Śniła mi się Laura Pytlińska (23 czerwca 1979), w cyklu Wiersze przelotne
że cudzych snów słuchała przez grzeczność
swoich snów nie miała, zrezygnowała
przez pogardę

Ciekawie prezentuje się w archiwum Mirona Białoszewskiego partia z archiwaliami samego Solińskiego, zwłaszcza materiałami żarnowieckimi. Są tu wspomniane już teksty, drobne pamiątki (wycinki i fotografie) dotyczące dworku i jego mieszkanek, a przede wszystkim – rękopisy Laury Pytlińskiej (m.in. drobne przekłady literackie).  We wspomnieniach Solińskiego zapisane są pełne humoru anegdotyczne zdarzenia i opowieści z życia żarnowieckiej społeczności z udziałem Konopnickiej i Dulębianki, choćby takie:  

W niedzielę po południu siadywała Konopnicka z panną Dulębą u Gałuszki przed domem i wdawała się w ludzkie biedy i babskie sprawy. Raz, jak opatrywały nogę Feliksowej (choć Konopnicka nie mogła patrzeć na krew i na rany), Feliksowa zapytała Konopnicką:

– Czy to pani mądrzejsza od swojego męża, że sama siedzi?

Maria Dulęba, portret Marii Konopnickiej, 1902, zbiory Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu

Zosia była tak podobna do mamy, że po śmierci Dulęba dokańczała jej portrety, patrząc na Zosię. Coraz bardziej upodabniała się Zosia do mamy. I wyglądem, i głosem, i przebywaniem w Żarnowcu. I współżyciem z żarnowieckimi ludźmi. Tak, że zatarła się niektórym ludziom jakakolwiek różnica. Brali w końcu córkę Zofię za mamę Konopnicką.

Między panną Dulęba (nie odmieniały jej nazwiska nigdy przez przypadki) a Zosiami i Lorkami nie było – prawdę mówiąc – nigdy za wielkiej miłości. Chyba z zazdrości. Miała być stanowcza rozmowa między nimi. Chodziło o wciąganie matki w feminizm. Dziwne, bo przecież i Zofia zajmowała się polityką i sprawami społecznymi. […] Zofię i Laurę raziła u panny Dulęba jej nonszalancja i odrobina skandalu, jaka musiała takiej to postaci, w takim czasie, w takim kraju towarzyszyć. Kandydowała na posłankę do sejmu galicyjskiego. Miała mowy długie i radykalne. Opuszczała fotel, jeśli się z czym nie zgadzała. Wygrażała parasolką. Ponadto malowała. Wcale dobrze. Wcale ciekawie. Wysoko oceniona przez starego Witkiewicza za studia portretowe.

Warto pamiętać, że Soliński pod wpływem malarza i karykaturzysty z Jedlicza, Stanisława Kochanka (obecnego także w życiu dworku żarnowieckiego), zainteresował się malarstwem; tworzył prace o tematyce religijnej, martwe natury, pejzaże. W 1966 roku, w zaproszeniu na wystawę obrazów  przyjaciela w pałacyku Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Warszawie – były to m.in. oleje z lat 1960-1965, malarskie zapisy świata dzieciństwa,  którym podzielił się z przyjacielem, prace o znamiennych tytułach:  Binnarowa, Amalia z Brühlów Mniszchowa, Święta z Czerterza, Ołtarz w Binnarowej, Chrystus z kruchty w Krośnie, Fara w Krośnie, Matka Boska Tarnowiecka, Ołtarz Św. Anny w Krośnie, Ołtarz w Bieczu, Kazalnica Porcjuszów w Krośnie, wreszcie  Nepomucki w pokoju –  Białoszewski pisał, zaświadczając o swym przywiązaniu do rodzinnych stron przyjaciela:    

Pisać o malowaniu Solińskiego? To od razu związać z Soliną, Wołkowyją, Żarnowcem. Procent od tej ziemi dla mnie, procent od tej ziemi dla niego. Wydeptane. Wypatrzone. Doczute. Dowąchane. Te wszystkie ciuchy, haweloki, garczki pod cerkwiami. Prawie jaskinie. Tu było miejsce na tę kulturę. Odwschodnie, dokrakowskie. I to drugie centrum z domem urodzenia i życia w Żarnowcu z dworkiem Konopnickiej, z aktorskimi wczasami córki, Laury Pytlińskiej i wielkiej Siemaszkowej. Z gazonami, z parawanem pijanego Wyspiańskiego. Z portretami Boznańskiej, która wyskoczyła paryska, a wyszła krakowska. Bo to są klimaty dla osobowości. To są muzejony  imażyniery. Widzenia. Teorie. Kreacjonizmy. Happeningi. Od supła bizantyńsko-krakowskiego, od wież cerkiewnych i naftowych przez kaplicę grobową Oświęcimów. Przez szalone Julki, Kisielewskie i Szekspirowe, aż do teatru na mojej podłodze. […]

Małgorzata Wichowska

W tekście wykorzystane zostały prasowe wypowiedzi Leszka Solińskiego, głównie jego Komentarze do publikacji Rozalii Białoszewskiego: „Teksty Drugie” 1998 nr 1-2, 4, 1999 nr 1-2 oraz fragmenty zapisów poety i Solińskiego w archiwum autora Obrotów rzeczy. W tym miejscu składam serdeczne podziękowania panu Henkowi Proeme, darczyńcy ogromnej partii tego archiwum do zbiorów Muzeum Literatury.

Składam jednocześnie podziękowanie Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu za udostępnienie fotografii portretu poetki autorstwa Marii Dulębianki.