Rocznica śmierci Bolesława Prusa (1847-1912)
Oddział: , Dodano: 21 maja 2012

19 maja przypadła setna rocznica śmierci Bolesława Prusa (1847-1912), autora jednej z najwspanialszych polskich powieści – „Lalki”, warszawiakom szczególnie bliskiej.

Wydanie książkowe „Lalki” ukazało się w rok po ogłoszeniu ostatniego odcinka powieści w „Kurierze Warszawskim”. Druk w gazecie, rozpoczęty w 1887 roku, ciągnął się z przerwami niemal przez cały rok 1888, a zakończenia czytelnicy doczekali się dopiero w roku 1889, gdyż Prus często nie dotrzymywał umówionych terminów. Ponoć na ponaglenia z redakcji odpowiadał niezmiennie z lekkim zniecierpliwieniem: Będzie, będzie!… tylko nie śpieszcie! — jak zanotował pamiętnikarz z końca XIX wieku.

Czasy Prusa. Że był to okres nasilonych represji zaborcy po klęsce powstania styczniowego i wciąż obowiązywał w stolicy „Przywiślańskiego Kraju” stan wojenny ustanowiony w 1862 roku, Cytadelę zwano „żandarmem” Warszawy lub „bramą na Sybir”, a język rosyjski obowiązywał w szkole i urzędach – to wiemy. Lecz jak wyglądał dzień powszedni miasta? Codzienność, nie tak efektowna jak walka czy nawet żałobny rytuał i kult narodowych pamiątek, też przecież musiała odsłaniać swe polityczne oblicze i wymagała nie mniejszej czujności, gotowości do poświęceń.

Okres 1863-1905 był jednak znacznie bardziej złożony niż nam się obecnie wydaje. Bowiem radykalizacja nastrojów i podtrzymanie świadomości narodowej jako przesłanki wskrzeszenia niepodległej Polski – po upadku caratu, to jedna tylko strona wizerunku epoki Prusa. Wizerunku, którego rewers odsłania zamęt moralny. W „czasach Prusa” takie wartości jak zdyscyplinowanie, pracowitość i rozsądek, propagowane przez zwolenników programu pozytywistycznego, stawały się czymś dwuznacznym przy nasilającym się nacisku obcej władzy. Dodajmy, że posłuszeństwo i lojalność – wobec rządzących Rosjan – niekiedy przechodziły w kolaborację, graniczyły ze znikczemnieniem. To negatywne dziedzictwo okresu zaborów.

W 400-tysięcznej Warszawie lat 80. XIX wieku Rosjanie stanowili (bez wojska) 3% ogółu ludności, ale ich liczba szybko rosła: z 17 tysięcy w 1892 roku do 35 tysięcy w roku 1913, kiedy to należało do nich 321 kamienic. Powiększał się jednocześnie okupacyjny garnizon: od ok. 6 tysięcy w latach 80. do 30 tysięcy w latach 90. i 50 tysięcy żołnierzy w przededniu 1905 roku. W mieście błyszczały z daleka kopuły 8 soborów i cerkwi, których dodatkowych 9 zbudowano na terenie koszar i lazaretów. Prawosławne kaplice znajdowały się nawet w „byłym zamku królewskim”, w I Gimnazjum zainstalowanym w Pałacu Staszica i Instytucie dla Panien przy ul. Wiejskiej, w szpitalach nie tylko wojskowych. W 1869 roku ukazywało się w mieście około 50 pism, w tym ponad połowę stanowiły gazety rosyjskie. Oficjalną walutą były oczywiście ruble – srebrne i asygnacyjne (drukowane na niebieskim papierze – banknoty po 5 rb., czerwonym – 10 rb. oraz na białym – wyższe nominały). Tylko ludzie prości ze wsi i służba liczyli wydatki „na złote”:
1 zł = 15 kop., 5 zł = 75 kop., 10 zł = 1 rb. 50 kopiejek.

W obiegu znajdowały się też ruble w złocie zwane imperiałami – wartości 10 rubli., a monety o nominale 5 rb. – pół-imperiałami. Nie bez kozery o tych ostatnich do dziś mówi się po prostu „świnki”, choć okazały się całkiem niezłą formą przechowania oszczędności.

To tylko garść faktów przypominających o obecności Rosjan w Warszawie w czasach Bolesława Prusa. Bojkot ich stał się dla wielu naszych przodków stopniowo swego rodzaju sposobem na życie, czy patriotycznym obowiązkiem – jak nabywanie polskich książek i prenumerowanie polskich gazet. Ale życie codzienne zmuszało przecież obywateli do załatwiania wielu spraw urzędowych, respektowania świąt państwowych obowiązujących w całym imperium carskim, rosyjska była szkoła. Zachowanie jednoznaczności, trwanie przy patriotycznych gestach przy obowiązujących zarazem normach współżycia, kodeksie honorowym było trudne. Patriotyczna opinia oskarżała, piętnowała, ale podczas wieloletniej obecności Rosjan nie dało się uniknąć i wpływów. Nie brano wprawdzie publicznie rosyjskiej gazety do ręki, ale wiedziano, o czym się w niej pisze… Bez rosyjskich papierosów można się było obejść, ale herbata w składach towarowych była wyłącznie rosyjska… Władze dbały ponadto, aby Rosjanie czuli się w Warszawie jak u siebie w domu, a dorobić się tu mogli łatwiej i szybciej niż na posadach w innych guberniach (zasad przejścia na emeryturę to również dotyczyło). Łapówkarstwo rosyjskich urzędników było wręcz anegdotyczne. Szerzące się pijaństwo, donosicielstwo, łapówkarstwo, niekompetencja, antysemityzm były atrybutami rusyfikacji na równi z modą na herbatę z samowara, mąkę krupczatkę i tanie bawełniane tkaniny zwane perkalami. Rusycyzmami, które przeniknęły wówczas do potocznego języka (tak jak równolegle germanizmami nasycał się nasz język na terenach zaboru pruskiego i austriackiego) polszczyzna zaśmiecona jest do dziś.

W kontekście tych i innych szczegółów świat „Lalki”, realistyczny przecież, jawi się jako nierzeczywisty: przypomina wspaniałą kolekcję starych fotografii wyretuszowanych tak dokładnie, że trudno rozpoznać zamazane miejsca. Jej autor po prostu musiał na tyle uładzić powieściowy kosmos, aby książka miała szansę trafić do rąk czytelników. Prus nie cofnął się jednak przed wskazaniem negatywnych skutków rządów Rosjan w Warszawie. Nie przypadkowo padają w powieści słowa, wplecione w gderanie Starego Subiekta: Marionetki!… Wszystko marionetki!… Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna, taka ślepa jak one…

Zamiarem pisarza było przecież dać wierny obraz społeczeństwa. Swoje poglądy na ten temat Prus wyłuszczył w jednym z felietonów z 1886 roku, który napisał, gdy już pracował nad swoją „pierwszą wielką powieścią”: Literatura tzw. piękna obok stron przyjemnych i bawiących, na które u nas kładzie się największy, jeśli nie wyłączny nacisk, posiada stronę niesłychanie poważną. Jest ona obrazem społeczeństwa pewnej epoki […] Krótko mówiąc, w literaturze tzw. pięknej społeczeństwo poznaje samo siebie. A w liście z 1897 roku zaznaczył, że powinien był nadać „Lalce” tytuł „Trzy pokolenia”.

Prus pomija najbardziej drażniące go – także jako autora „Kronik tygodniowych” — elementy w pejzażu miasta, czyli jego „rosyjski koloryt”, nie tylko ze względów cenzuralnych: bardziej w geście samoobrony, znamiennym dla popowstaniowej epoki. Złożono broń, ale nie zrezygnowano z walki pokojowymi – rzec można – środkami w formie „bojkotu, który unieobecnia, a więc rozbraja przeciwnika” (jak ujęła to kiedyś pisarka Agata Tuszyńska).

Można rzec, że Prus zwyciężył, bo właśnie jego obraz Warszawy w „Lalce” był potrzebny czytelnikom. Książka szybko i głęboko zapadła w ich serca. Ale dziś, po kolejnej fali przekłamań w naszej rzeczywistości i wytycznych cenzury po II wojnie, o Rosjanach w dziewiętnastowiecznej Warszawie tak mało wiemy, że do „Lalki” warto zajrzeć raz jeszcze. Aby czytać, dopowiadając sobie to, co było wówczas — w tamtym „wieku niewoli”, w czasach Prusa — oczywiste dla każdego Polaka i co autor „ku pokrzepieniu serc rodaków” pomijał w panoramicznej wizji swoich czasów.

W 2006 roku w naszym Muzeum można było zobaczyć wystawę „Warszawa Lalki Bolesława Prusa”, zorganizowaną we współpracy z Muzeum Historycznym i Archiwum Państwowym m.st. Warszawy. W zbiorach Muzeum Literatury są m.in. wizerunki pisarza, liczne edycje tej powieści i ilustracje do niej takich znanych grafików, jak, Władysław Daszewski i Antoni Uniechowski.

Barbara Riss


Komentarze
  • slawka 23 czerwca 2012

    W 100 lecie smierci Boleslawa Prusa to wspanialy opis Polski dawnej, zapomnianej i niezwyklego w bogactwo opisow spoleczno-psychologicznych autora, znanego tylko Polakom (i to coraz mniejszej grupie,) zdecydowanie zaslugujacego na bardziej znaczace miejsce w literaturze swiatowej. ‚Polska ma tak bogaty material literacki dla Hollywood’-powiedzial pewien scenarzysta z USA. Antoni Uniechowski swoimi szkicami dodaje smaku czytelnikom niczym kucharz wybornemu posilkowi dla duszy. Pozostaje zyczyc Polakom, czytelnikom, pracownikom bibliotek i muzeow, aby rocznice urodzin/smierci tworcow, bohaterow, artystow byly dodatkowym impulsem do poznawania literatury i historii przez nastepne pokolenia.

  • gg 22 stycznia 2013

    Nie trzeba Hollywood. Has i Ber zrobili tak wspaniałe ekranizacje, że wystarczy je tylko rozpropagować – nowych „Lalka” nie potrzebuje. Ma też szczęście do tłumaczenia – zawdzięcza je Davidowi Welshowi. Ale jak z filmami – trzeba je propagować. Może winno się tym zająć MSZ, może MKiDN, a może krasnoludki?

  • Dodaj komentarz:

    Przed dodaniem komentarza prosimy o przepisanie słów z obrazka (zabezpieczenie przed spamem).

     
    Copyright © 2010-2017 Muzeum Literatury | Cennik | Cookies | Logotyp ML | Przetargi i zamówienia publiczne | BIP