Ostatnie listy Brunona Schulza
Oddział: , Dodano: 19 listopada 2012

O korespondencji autora Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod klepsydrą z malarką Anną Płockier pisze Barbara Riss.

Malarka Anna Płockier była ostatnią z kobiet, których Schulz – jak ujął to Jerzy Ficowski – nie minął obojętnie. I zarazem ostatnią z jego partnerek istotnych dialogów. Zginęła razem z mężem i jego rodziną niemal dokładnie rok przed Schulzem i jak on nie ma dziś grobu.

Poznali się jeszcze przed wojną. W Warszawie, w której on jednak bywał od czasu do czasu, a Anna studiowała na ASP. Albo w Borysławiu, dokąd przyjeżdżała odwiedzać przyjaciela ze studiów, potem narzeczonego, Marka Zwillicha. Opowiadania Schulza ją zachwycały. Młodzi ludzie z jej kręgu chętnie rozprawiali o sztuce i książkach, a dysput takich Schulz – nieśmiały i skromny aż do przesady, z kompleksami – był bardzo spragniony. Zwłaszcza, że jego osamotnienie i niezrozumienie w najbliższym otoczeniu znacznie wzrosło z końcem lat trzydziestych.

Czy w tym czasie wyprawy z Drohobycza do Borysławia pisarz podejmował już dla Anny? O jednej z nich świadczy fotografia wykonana przez Zwillicha w pogodny sierpniowy dzień 1938 roku. Na zdjęciu jest także zaprzyjaźniony z pisarzem Marian Jachimowicz, który mieszkał w Borysławiu przy tej samej uliczce, co Zwillichowie. To on ocali 18 listów Schulza do Anny z 1940 i 1941 roku… Znalazł je porozrzucane na podłodze pustego już mieszkania Zwillichów 27 listopada 1941, gdy tylko co zakończyła się pierwsza wielka akcja likwidacji borysławskich Żydów. Annę i Marka, wraz z jego krewnymi, Niemcy zabili prawdopodobnie w lesie pod Truskawcem.

Początek wojny Płockierówna, córka lekarza (prof. Leona Płockiera) spędziła w Warszawie. W 1940 roku przekradła się przez granicę niemiecko-sowiecką i zjawiła u Marka; ponoć chciała pomóc mu wydostać się z Borysławia. Pozostali tu jednak, wzięli ślub, by mogła zalegalizować pobyt. Zaczęła uczyć rysunku, jak Marek. Teraz zacieśniła się ich znajomość z Schulzem, podsycana jego adoracją dla Anny. Zaczęły krążyć listy (możliwe, że wymieniali je i przed wojną, lecz nie zachowały się, pozostawione w Warszawie).

W tym czasie – do czerwca 1941 roku, czyli za sowieckiej okupacji Drohobycza – Schulz miał jeszcze lekcje w szkołach, wykonywał rysunki do gazet, propagandowe plakaty i portrety Stalina. Uskarżał się na to „rzemiosło” w listach i kartkach do Anny. I na schematy, do których w Ukraińskiej Republice Ludowej dostosować się nie był w stanie, choć sama Wanda Wasilewska zaproponowała mu współpracę. Redaktor Ważyk nie zakwalifikował jednak jego opowiadania o kulawym stołku do druku w „Nowych Widnokręgach” wychodzących we Lwowie: „nam Proustów nie potrzeba…”, ponoć stwierdził. A miał Schulz przecież w rękopisach na ukończeniu już jedną lub nawet dwie książki (zbiór opowiadań, drugą zaś byłaby powieść Mesjasz, pisana od 1935 roku, jak sugeruje Ficowski). Płockier stała się ich najważniejszym – może jedynym (sic!) czytelnikiem. Dlatego w listach często prosił: „Może by Pani przyjechała kiedyś?” – I niecierpliwie oczekiwał na nią niemal każdego popołudnia. Albo namawiał na spotkania w Truskawcu, pobliskim zdrojowisku, które uwielbiał od dzieciństwa i opisał w Republice Marzeń. Tutaj jeszcze w sierpniu 1939 roku na parkowej ławce czytał Zofii Nałkowskiej swój esej (z rozważaniami o jej twórczości).

7 października 1940 roku pisał do Anny: „niech Pani pojawi się któregoś dnia w luce parku – lekka wędrownica wkraczająca z gajów Borysławia w aleje Truskawca. Czy Pani dotrzyma przyrzeczenia?” Depresję Schulza pogłębiała w tym okresie choroba nerek, w Truskawcu dochodził do siebie po operacji. 1 czerwca 1941 roku odbył przygnębiającą rozmowę z młodym krytykiem Arturem Sandauerem z Sambora. A potrzebował choć kilku chwil spędzonych „z kimś wrażliwym i bliskim, gdy się samemu jest zanadto zubożałym i podupadłym, by móc doznać radości i nadziei” – jak zaznaczył w liście z 4 czerwca (1941).

Korespondencja podtrzymywała go na duchu. Dzięki Annie potrafił przytłumić w sobie „kompleks straconego życia bez przyszłości”. W im głębsze i dłuższe stany załamania popadał, tym intensywniej szukał jej towarzystwa i był pod coraz silniejszym wrażeniem witalności, dzielności tej kobiety. 19 czerwca 1941 roku cały list wypełnił opisaniem jej „metamorfoz”, próbując wykreować – ostatni raz – demoniczną aurę, jaka cechowała jego dawniejsze wizerunki kobiet – poskromicielek. Odkrywa jednak w swej wybrance nie wampa a zbłąkanego elfa, którego powinien chronić mimo własnej słabości, bezradności – i to staje się w liście Brunona powodem ukorzenia się, w poczuciu winy.

Z listu Schulza wiemy, że byli umówieni w Truskawcu w niedzielę 22 czerwca, a więc w dniu, w którym wybuchła wojna niemiecko-sowiecka i hitlerowcy opanowali Drohobycz. Czy doszło do tego spotkania? Czy latem i jesienią Płockier nadal odwiedzała pisarza, czy może jej wizyty były jedynie wytworem wyobraźni, napadów gorączki? Pierwszy z listów wysłanych w okresie hitlerowskiej okupacji Bruno rozpoczął tak: „Myśl o Pani jest prawdziwym jasnym punktem, odgradzam ją od powszednich myśli i chowam na najlepsze chwile, wieczorem. Jest Pani partnerką moich wewnętrznych dialogów o sprawach istotnych dla mnie.” Daty listów potwierdzają, że kontaktowali się rzadziej, ale ich treść świadczy, że mimo biedy, ciągłych kłopotów i zaszczucia, dzięki Annie nie zobojętniał całkowicie na sprawy sztuki. Listy zawsze były dla niego jednym ze sposobów ucieczki od rzeczywistości.

Zwillichowie mieli plan ucieczki do Warszawy, o czym pisarz musiał wiedzieć. Być może, gdyby zdążyli go wykonać, przełamane zostałyby również opory samego Schulza przed opuszczeniem Drohobycza. Na wyjazd namawiali go przecież przyjaciele – literaci z Warszawy (Nałkowska, Breza i inni), zdobyli nawet fałszywe papiery i pieniądze na drogę. 19 listopada (1941) pisał do Anny: „Chciałbym, by bliski nasz kontakt nie ustał przez wyjazd Pani (…) Przeczucie mówi mi, że się wkrótce jeszcze spotkamy i że dzieje naszej przyjaźni nie są skończone (…) Zdaje mi się teraz, że miałbym Pani dużo jeszcze do powiedzenia…”. W tydzień później jego młodzi przyjaciele nie żyli.

Schulz – po latach Marian Jachimowicz zrelacjonował ostatnią rozmowę z pisarzem – nie mógł wytłumaczyć sobie, zrozumieć bezsensu śmierci Zwillichów ani wyzwolić się z poczucia winy za nią. Zbyt wiele nadziei w tym dniu stracił. A latem kolejnego, 1942 roku zginęła wraz z najbliższymi Debora Vogel. Znacznie wcześniej popadła w skrajną apatię i przestała odpowiadać na listy Brunona. Kontakt z jakże życzliwą mu i opiekuńczą „panią Romą”, która ukryła przed Niemcami swoje „niearyjskie pochodzenie”, przerwał się dużo wcześniej (Romana Halpernowa zostanie stracona w krakowskim więzieniu Montelupich w sierpniu 1944 roku). On sam musiał przenieść się do getta i zamieszkać wśród obcych ludzi. Zdobył się jeszcze na złożenie podania w Judenracie, aby – dzięki dorywczym zatrudnieniom u Niemców (jednym z nich był SS-Hauptscharführer Feliks Landau) – zostać zakwalifikowanym jako „potrzebny Żyd” i zyskać przydział na chleb. Od jego starań w dużej mierze zależał los siostry, siostrzeńca i starej kuzynki. Z każdym dniem stan fizyczny i psychiczny pisarza pogarszał się. Rysunki i rękopisy popakował w paczki, pakiety i przekazywał ludziom „mniej zagrożonym”, spoza getta. Pogłoski o rychłej likwidacji drohobyskich Żydów nie były mu obce. 19 listopada 1942 roku, został zastrzelony na rogu ulic Mickiewicza i Czackiego przez gestapowca Karla Günthera.

Listy do Anny Płockier-Zwillich skrywają ostatnie znane nam słowa autora Sanatorium pod klepsydrą utrwalone na piśmie. Te ocalone przez pana Mariana Jachimowicza, wraz z kilkoma fotografiami Anny i jej bliskich tudzież jedną jej pracą plastyczną – miniaturowym linorytem na jedwabiu, znajdują się dziś w naszym Muzeum.

Barbara Riss


Dodaj komentarz:

Przed dodaniem komentarza prosimy o przepisanie słów z obrazka (zabezpieczenie przed spamem).

 
Copyright © 2010-2017 Muzeum Literatury | Cennik | Cookies | Logotyp ML | Przetargi i zamówienia publiczne | BIP