Bruno Schulz pisze do Romany Halpern
Oddział: , Dodano: 12 grudnia 2012

Ich trzyletnią znajomość – i korespondencję – przerwała wojna. Z jej listów ocalały dwa. Czy pozostawali tylko zaufanymi przyjaciółmi? O listach Brunona Schulza do Romany Halpern pisze Barbara Riss.

„Chciała Pani kontaktu z poetą, a znajduje Pani człowieka pogrążonego w sprawach najkonkretniej życiowych”… – to fragment drugiego, z 19 września 1936 roku, listu Brunona Schulza do Romany Halpern. W pierwszym, o miesiąc wcześniejszym, rozprawiał jedynie o poezji Rilkego, którego uwielbiał, trochę o swoim pisaniu – adresatka była zdeklarowaną miłośniczką literatury i sztuki. l tą samą pocztą wysłał egzemplarz Sklepów cynamonowych. Ale teraz przeżywał „ciężkie sprawy osobiste”: narzeczona zmierzała go porzucić. Odważył się zatem przedstawić swojej wielbicielce trudności związane z planowanym małżeństwem, bowiem przyjaciele zapewniali Brunona o jej gotowości służenia radą i pomocą.

Pani Roma, z domu Kenig, była córką warszawskiego dziennikarza. Po maturze marzyła o scenie, studia aktorskie w Wyższej Szkole Teatralnej jednak przerwała. Została sekretarką w firmie dystrybucji filmów, wyszła za mąż – za swego szefa (ale była już rozwiedziona, gdy poznała Schulza, i sama wychowywała synka, Stefanka). Coś ją łączyło przez pewien czas z Witkacym. Stąd w mieszkaniach przy ul. Focha 6 (dziś Moliera) i Jasnej 17, w których Schulz ją później odwiedzał, miała ponoć aż kilkanaście swoich portretów przez Witkiewicza wykonanych. Poznali się właśnie przez autora Narkotyków, z którym znajomość (dla odmiany zawartą w 1925 roku w Drohobyczu, sic!) Bruno odnowił po ukazaniu się Sklepów cynamonowych. Kontakty Romy z Witkacym również nie ustały, ponadto przez Schulza pozna Gombrowicza.

Portrety Brunona Schulza i Romany Halpern wykonane przez Witkacego.

Książką tą zwrócił na siebie uwagę warszawskiego środowiska literacko-artystycznego. Halpernowa obracała się w nim, choć była tylko urzędniczką w którejś z państwowych instytucji (już nie w firmie byłego męża), o czym nawet świadczy jeden z jej zachowanych listów. Z Schulzem zetknęła się, gdy ten po długich staraniach uzyskał półroczny płatny urlop na pierwsze półrocze 1936 roku i przybył do Warszawy. Szykował do druku kolejną książkę: Sanatorium pod klepsydrą – ukaże się w „Roju”, jak pierwsza, w dodatku z ilustracjami jego autorstwa. Poza tym miał jeszcze jeden ważny powód, dla którego opuścił na dłużej swój Drohobycz. Mieszkała tu obecnie jego narzeczona, Józefina Szelińska.

Kontakt listowny z Halpernową nawiązał już po powrocie do Drohobycza. Ich spotkania warszawskie były tylko przelotne, skoro w jednym z kolejnych listów nadmienił: „Często myślę o Pani, przy czym przeszkadza mi to, że nie pamiętam, jak Pani wyglądała.” W rekonstruowanym wizerunku istotne okazały się jej „pantofelki na bardzo drobnych nóżkach” i kapelusz, po założeniu którego stała się „nagle inna, młodsza”. Był od Romy starszy o osiem lat. Nadwrażliwy, nieśmiały i pełen kompleksów wyczuł, że znalazł osobę życzliwą i chętną do wysłuchania go. Nie pierwszy raz mu na tym zależało. Lękał się też, czy – rozczarowana – nagle nie zamilknie; reagował nawet na niuanse w nastrojach adresatki. Lecz czy tylko dostrajał się do nich? Jaki charakter miały wspominane przez Schulza wyznania Halpernowej o samotności, skoro odpowiedział: „żałowałem, że nie jestem wolny”?

Szelińską poznał Bruno wiosną 1933 roku. Miała 27 lat i ukończoną polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, co więcej – doktorat obroniony u prof. Juliusza Kleinera. W Drohobyczu znalazła posadę jako nauczycielka w prywatnym gimnazjum im. H. Sienkiewicza, na dwa lata. Zamieszkała „na stancji” (przy uliczce dochodzącej do ul. Sobieskiego, dziś Korbońskiego), gdzie Schulz przyszedł umówiony, by malować jej portret. Potem chodzili „na spacery na łąki za domem, do lasu brzozowego całego w wiośnie – wspominała Szelińska po latach – dały mi przedsmak cudowności […] Był to sam ekstrakt poezji”. W ich romansie ona była osobowością silniejszą psychicznie. Przy osobie konkretniej nastawionej do problemów w codziennym życiu poczuł się bezpieczniej (podobnie było w relacjach Schulza z innymi bliskimi mu kobietami).

Józefina Szelińska (rys. Bruno Schulz, 1934), Bruno Schulz, Debora Vogel

Gdy opuściła Drohobycz, słał „żarliwe listy” prawie zawsze jako ekspres – tak twierdziła po latach Józefina, bo ich ogromna korespondencja przepadła podczas wojny. Spotykali się w ferie np. w Warszawie. W Zakopanem spędzili wakacje 1935 roku, po których Szelińska zamieszkała w stolicy. Zdobyła pracę w GUS-ie, mało płatną i nieciekawą, ale właśnie zaręczyli się, zaczęli snuć wspólne plany. Realizację ich odwlekała trudna sytuacja finansowa obojga, jak i niechęć Schulza do porzucenia Drohobycza. Na rzecz Warszawy, a może Lwowa. Zbyt mało płatnych lekcji dla niego znalazła w stolicy obrotna pani Roma, a na podanie Schulza o przeniesienie lwowskie kuratorium odpowiedziało odmową. Po ślubie zaś i przeprowadzce musiałby utrzymywać dwa domy, bo również owdowiałą siostrę z synem i kuzynkę, która prowadziła ich wspólne gospodarstwo w Drohobyczu. A więc i więcej zarabiać (jego pensja nauczyciela stałego w 1936 roku wynosiła 300 zł., miał zagwarantowaną emeryturę i tego nie chciał stracić). Co więcej, „intymna zaciszność” rodzinnego miasta była mu niezbędna i do tworzenia. Tylko tu mógł kreować własne światy w sztuce i… układać „naprawdę piękne listy” – jak te, które w latach 1930-1932 pisywał do Debory Vogel, do Lwowa. To z nich miały wyłonić się Sklepy cynamonowe (i te listy pochłonęła wojna). Literatka-filozofka stała się wówczas jego muzą i bardzo bliską osobą, lecz do małżeństwa nie doszło. Wspominał o niej Romie, i o wznowionych wizytach we Lwowie.

Narzeczeństwo z Szelińską trwało do wiosny 1937 roku. „To jest najbliższy mi człowiek na ziemi […] Muszę mieć zapewnioną bliskość i łączność z Juną [..] ażeby móc w ogóle funkcjonować” – wyjaśniał Halpernowej 19 września 1936 roku. Nie potrafił jednak załatwić wszystkich urzędowych spraw, by mogli się pobrać. Ona była katoliczką. Wystąpił więc „z wyznania mojżeszowego”, ale postanowił pozostać „bezwyznaniowym”. Mogli zatem z Juną wziąć tylko ślub cywilny, czyli „według ustawy niemieckiej obowiązującej w dawnym zaborze pruskim, np. w Katowicach”, ale musiałby tam być zameldowany choć trzy miesiące…

„Droga Pani Roma” stała się zarówno powierniczką jego wyznań, jak i partnerką w dyskusji o związku z drugą kobietą! Czy obiektywną? Gorliwie odpierał zarzuty: „Pani osądza sprawę na podstawie powierzchownych symptomów i nie zna naprawdę Juny […] Nie wyobrażam sobie, żeby nasze małżeństwo było filisterskim i mieszczańskim, jak się ono w Pani antycypującej wyobraźni przedstawia […] Czy naprawdę widzi Pani w tym związku takie niebezpieczeństwo dla mojej twórczości?” Zdeterminowany, zaznaczał: „takim uczuciem i taką żarliwą miłością nie obdarzyła mnie jeszcze żadna kobieta i zapewne nie spotkam już w życiu drugi raz istoty tak mną wypełnionej. To jej wielkie uczucie zniewala mnie i zobowiązuje”.

Gdy przyszło załamanie, nie cofał się przed totalnym samooskarżaniem: „nie jestem ani malarzem, ani pisarzem, ani nie jestem nawet porządnym nauczycielem”. Powód dygotu wewnętrznego Schulza z okresu rozstawania się z Szelińską najlepiej tłumaczą zdania w liście z 24 lipca 1937: „szukam raczej lekarstwa na niezdolność do miłości niż na miłość. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją kochać”.

W odpowiedzi Halpernowa zaprosiła go do siebie. Bał się wystawiać ich znajomość na próbę kilkudniowej wizyty w warunkach trochę „deprymujących”, lecz pojechał. Spędzili razem tydzień. Wrócił do Drohobycza „dziwnie ożywiony, wzmocniony i aktywny duchowo”. Podobnie wpłynął niegdyś na niego pobyt u Zofii Nałkowskiej, raz jeden wspomniany w liście do znajomego. Schulz zachowywał dyskrecję w pewnych sprawach, choć pisanie listów było dla niego sposobem formułowania własnych myśli, spowiedzią z klęsk i słabości.

Pani Halpern wielokrotnie pomagała, informowała, interweniowała w sprawach, w których niezaradny drohobyczanin do niej się zwracał. Nie zawsze nawet były to jego sprawy. W listach Schulza sporo wzmianek o konkretnych ludziach i zdarzeniach, o codziennych, uciążliwych obowiązkach. Wpadał w panikę, gdy pisała, że może stracić posadę. Uspokajał, gdy chorował jej synek „Stef”. Martwił się jej dolegliwościami, złym samopoczuciem. Dopytywał, co by jej mogło „dać trochę spokoju i ostoi wewnętrznej?” Interesował wyglądem: „Jak Pani do twarzy z uciętymi włosami?”

Niemniej musiała zdawać sobie sprawę, że została powierniczką kogoś, dla kogo tworzenie było głównym sensem życia, w dodatku osamotnionego i pozbawionego na co dzień szansy prowadzenia „istotnego dialogu” z takimi ludźmi jak Witkiewicz, Gombrowicz. O ileż bliżej nich toczyło się jej życie, zaznaczał Schulz. Czy bywał zazdrosny, nawet jeśli łączyła ich tylko zażyła przyjaźń? „Jedynie niebezpieczne dla mnie jest silne zaangażowanie się kobiety. Jestem naturą raczej reaktywną […] napiszę Gombrowiczowi, żeby mi nie bruździł” – odpowiedział sprowokowany jakimiś plotkami z jej listu w styczniu 1938 roku.

List ten pisał Schulz w pięć dni po wkroczeniu wojsk Hitlera do Austrii, zdeprymowany wiadomościami i „bliski rozpaczy, jak przed bezpośrednią katastrofą […] kiedy już będzie za późno na życie”. Pani Roma odpisała natychmiast: „najważniejsze jest to, żeby z każdego takiego załamania wyjść jak najprędzej i wyciągnąć jeszcze z tego jakąś korzyść. Bruno, proszę Cię, głowa do góry”…

Jeden z ostatnich listów Schulza, jego autoportret i początek drugiego ocalonego listu Halpern

Wyjazd do Paryża (w sierpniu 1938 roku) nie odmienił tego stanu, choć Roma (w maju 1938 roku) przekonywała, że swoboda, jaką dają wakacje dzięki uwolnieniu od obowiązków w szkole i podróż będą dla Brunona najlepszym sposobem zażegnania nerwowego rozstroju. Z drugiego zachowanego jej listu wiemy, że wspierała go w staraniach o przyznanie dewiz na organizację wystawy w Paryżu. Do wybuchu wojny Schulz z depresji już się nie wydobył.

Halpernowa sama miała sporo kłopotów, po powrocie z Francji otrzymywał listy od niej rzadziej i przygnębiające go. Ale w czerwcu 1939 roku namawiała go jeszcze na przyjazd do stolicy. Rozstrojony, odmówił: „zmierzam jakby znów ku partiom i strefom losu, gdzie panuje samotność” – pisał w ostatnim z zachowanych listów. – „Jak niegdyś. Czasem napełnia mnie to smutkiem i strachem przed pustka, to znowu nęci mnie jakimś poufnym, znanym z dawien dawna kuszeniem”.

Romana Halpern została rozstrzelana we wrześniu 1944 roku w krakowskim więzieniu – aresztowana za ukrycie „niearyjskiego pochodzenia”. Znała cztery języki obce oraz stenografię, więc jako „biuralistka” pracowała w niemieckich przedsiębiorstwach, od ucieczki z getta w lipcu 1942 roku. Stefana umieściła wówczas w internacie szkoły rolniczej pod Kielcami. To on odnalazł 38 listów Brunona Schulza w ich dawnym warszawskim mieszkaniu, już po wycofaniu się Niemców. Po wojnie wyjechał z kraju. Od 1989 roku te listy są w Muzeum Literatury. Jako dar dr. Stephena J. Howarda z USA, bowiem tam zamieszkał ostatecznie syn pani Romy.

Barbara Riss

PS. Może w podjęciu tej korespondencji przez autora Sklepów jakąś rolę odegrał fakt, że w Drohobyczu dom przy ul. Sobieskiego (dziś Łesi Ukrainki 38) należał do Halpernów – prawdopodobnie rodziny męża pani Romy – o czym Schulz mógł wiedzieć. Jednak nie tu (tzn. w Drohobyczu) się poznali i nie tu spotykali (co opisałam wyżej): wszelako w internetowej gazecie Biblioteki Miejskiej w Lublinie, w ilustrowanym materiale o „Drohobyczu Schulza”, figuruje informacja o zachowanej w ogrodzie na tyłach owej willi altanie, w której Bruno i pani Roma mieli się widywać, ukryci przed światem (niemal jak Adam i Maryla!)…

Oryginały listów i portretów (oprócz portretu Romany Halpern malowanego przez Witkacego), zreprodukowanych dla zilustrowania powyższego tekstu znajdują się w zbiorach Muzeum Literatury.


Dodaj komentarz:

Przed dodaniem komentarza prosimy o przepisanie słów z obrazka (zabezpieczenie przed spamem).

 
Copyright © 2010-2017 Muzeum Literatury | Cennik | Cookies | Logotyp ML | Przetargi i zamówienia publiczne | BIP